Kuba

czyli jak dolecieć na wyspę, z kim i za ile

Zdjęcie ze wschodu Kuby, a dokładniej z Santiago de Cuba

Moja wyprawa na Kubę rozpoczęła się tak naprawdę już 22 czerwca 2019. To właśnie wtedy zobaczyłam na Facebooku ofertę wyjazdu do tego kraju. Reklama, która się wyświetliła, prowadziła do strony Adventure Tess. Nie mam pojęcia co dokładnie skusiło mnie, żeby kliknąć w link. Wstyd się przyznać, ale Havanę znałam jedynie z teledysku do piosenki Sofia Alvara Solera. Miałam jeszcze jakieś przebłyski o wspaniałych kubańskich cygarach, jednak o tym, że na Kubie mają najlepszy rum na świecie – już nie. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną i, choć skończyłam w liceum profil turystyczny, to rozszerzonej matury z tego przedmiotu nie zdałam, stolic uczyłam się na typową „pamięciówkę”, a kojarzyć co jest gdzie na mapie zaczęłam dopiero, gdy po raz pierwszy wyjechałam na wakacje zagraniczne z zespołem, w którym śpiewam.

Wszystko rozjaśniło się w momencie wejścia na stronę Tess. Najpierw przemówił do mnie cytat, który tam zobaczyłam, a mianowicie:

Podróż ma się w sercu, to nie sposób spędzania wolnego czasu, lecz sposób na życie. To nie poznanie nowych miejsc, lecz poznanie siebie. To cząstka mnie, która raz zauważona, domaga się więcej i więcej.

Pomyślałam sobie, że coś w tym jest – sama nie podróżuję ani dużo, ani mało. Mam świadomość, że pewne osoby nie robią tego wcale, inne wręcz przeciwnie – już podczas jednego wyjazdu myślą o kolejnych. Pamiętam, że moją najmniej satysfakcjonującą wycieczką były wakacje w Turcji. Poleciałam tam niedługo po powrocie z Kalifornii, w której spędziłam niemal 3 miesiące. Nie zdążyłam jeszcze nacieszyć się Polską, rodziną, przyjaciółmi, a znowu trzeba było pakować się do samolotu. Podróż zaplanowana była wcześniej, więc nie chciałam z niej rezygnować, ale prawdą jest, że nie miałam czasu zregenerować się po okresie spędzonym w Stanach. W Turcji w zasadzie tylko jadłam i piłam (niech żyje all inclusive), więc moje ciało w końcu zareagowało silnym zatruciem (tzw. zemsta sułtana zrobiła swoje). Ten wyjazd nauczył mnie, że leżenie plackiem przez cały tydzień to zdecydowanie nie jest moja bajka, że największą przyjemność sprawiają mi „wakacje”, podczas których jestem w ciągłym ruchu i, mimo że nogi czasami odmawiają posłuszeństwa, to jakaś cząstka mnie domaga się więcej i więcej (i tym razem nie mam ma myśli jedzenia).

Gdzieś w połowie trasy, czyli po jakiś 6 godzinach lotu 🙂

Nic więc dziwnego, że kolejną kwestią, która zainteresowała mnie na stronie Adventure Tess, był jej autorski plan wyprawy na Kubę. Organizatorka pisała m.in. o następujących atrakcjach: jazda na rowerze na jedną z najbardziej dzikich kubańskich plaż (22 km w jedną stronę), wycieczka do rezerwatu El Younke wraz z wyjściem na szczyt, podziwianie Havany z perspektywy oldtimer’a, przejażdżka bryczką, jazda na koniach, wizyta na plantacjach kakao i tytoniu, nauka zwijania cygar i wyrabiania rumu, przepłynięcie łódką kanionu Yumuri i wiele, wiele innych. Podróż obejmować miała zatem zwiedzenie wyspy z zachodu na wschód i z powrotem. Z wypiekami na twarzy czytałam, że będę tam, gdzie Kolumb – prawdopodobnie – postawił swój pierwszy krok odkrywając Amerykę, że nauczę się podstaw salsy, poznam prawdziwe kubańskie życie – takie „bez komercyjnej ściemy”  (słowa autorki strony).

A na pytanie „jaki jest Twój ulubiony kolor?” odpowiadam…

Terminów wyjazdu było kilka, ale dla mnie najbardziej optymalnym wydawał się ten od 28.02 do 13.03.2020. Z prostego powodu – wraz z końcem lutego miałam sfinalizować swój staż w Brnie. Czasu było dużo – na zorganizowanie się i zebranie pieniędzy. Pozostawało pytanie „z kim?”. Bez namysłu napisałam do dwóch najbliższych mi osób. Zdecydowała się jedna z nich, ale to już i tak było wiele. Nie lubię podróżować sama. Po pierwsze – nie przepadam za lotniskami i lataniem. Może dziwnie to brzmi, biorąc pod uwagę, że na Kubę leciałam łącznie 16 godzin z jedną przesiadką, ale naprawdę tak jest. Po drugie – z natury jestem osobą towarzyską i w towarzystwie czuję się raźniej. Po trzecie – lubię dzielić doświadczenia z ludźmi, których… lubię! Część moich znajomych nie podróżuje, bo nie ma z kim, bo partner nie pozwala, bo nie ma środków, bo dzieci, bo urlop, bo to i tamto. Na wszystko nie jestem w stanie znaleźć rozwiązania, ale akurat na pierwszą wymówkę mogę. Jeżeli tylko osoba, której delikatnie zasugeruję wspólny wyjazd, wyraża chęć spędzenia ze mną trochę więcej czasu – to nie ma od tej decyzji odwołania (nawet jeżeli miałybyśmy sobie następnie podczas tej podróży wydrapać oczy – jak zresztą w sumie było 🙂 ).

Od początku lipca rozpoczęło się „słodkie planowanie” – najistotniejszą kwestią był zakup biletu lotniczego. Pierwotnie myślałyśmy, że wystartujemy z Warszawy. Ceny lotów nie były jednak zbyt zadowalające, biorąc pod uwagę ilość przesiadek lub czas oczekiwania na następny samolot. Dochodziła jeszcze kwestia bagażu rejestrowanego, który chciałyśmy mieć w cenie, a nie jako opcję dodatkową. Znalazłyśmy kilka tańszych połączeń, ale jakoś ciągle nie byłyśmy przekonane do zakupu. Za każdym razem kiedy już miałyśmy się zdecydować, to koszt biletu zwiększano o 100, 200, a ostatecznie nawet i 500 złotych. Wraz ze wzrostem cen, wzrastał stopień mojego poirytowania i w pewnym momencie – w ferworze walki – pomyślałam, że może warto sprawdzić jak wygląda sytuacja na innych lotniskach. Do szukania połączeń używałam strony skyscanner.pl. W wyszukiwarce zamiast Warszawy wpisałam loty z Pragi lub Wiednia, większe nadzieje pokładając w pierwszej europejskiej stolicy z uwagi na znajomość języka czeskiego. Rzeczywiście sytuacja wyglądała zdecydowanie lepiej. Przede wszystkim było dużo więcej połączeń tylko z jedną przesiadką (leciałyśmy do Havany). Dodatkowo loty z Pragi były tańsze. I tym sposobem udało się znaleźć optymalne rozwiązanie.

W pobliżu dworca głównego w Pradze znajduje się Muzeum Narodowe. W oczekiwaniu na nocny samolot warto sprawdzić jak prezentuje się po renowacji!

Nasz wybór padł na rosyjską linię lotniczą Aeroflot. Loty Warszawa-Moskwa-Hawana i Hawana-Moskwa-Warszawa kosztowały nas 2932 zł od osoby. Bilety kupiłyśmy na stronie gotogate.pl, na którą trafiłyśmy przez skyscanner.pl. Na drugiej z nich zawsze pojawia się kilka linków do stron pośredniczących w zakupie, a także link kierujący bezpośrednio do strony linii lotniczych (przewoźnika). Dla mnie najbardziej intuicyjną i przejrzystą jest strona gotogate.pl, więc to właśnie z niej skorzystałam (najpierw kiedy leciałam do Stanów w 2017, następnie na Kubę).

Pewnie zastanawiacie się dlaczego wybrałyśmy akurat loty przez Moskwę, biorąc pod uwagę, że to droga trochę naokoło… Jak to się mówią: naokoło zawsze bliżej 🙂 . A tak serio! Jak już wcześniej wspomniałam, geografia nie jest moją mocną stroną, więc początkowo nie odnotowałam faktu, że najpierw się cofniemy, a później wrócimy. Skoro miało to sens dla linii lotniczych, to dlaczego miałoby nie mieć sensu dla nas?

Dla nas akurat najważniejsze było to, ile będziemy miały czasu na przesiadkę w Moskwie. Okazało się, że w drodze na Kubę 2 godziny 10 minut, w drodze powrotnej – godzinę więcej. Port lotniczy im. A. S. Puszkina nie należy do najmniejszych, więc nie byłam pewna czy damy sobie radę z przesiadką w tak, wydawało mi się, krótkim czasie. W rozwianiu moich wątpliwości pomogła mi lektura artykułu o tytule Lądujemy w… Moskwie-Szeremetiewo.  Autor tekstu w sposób wyczerpujący opisał jak przemieszczać się po lotnisku, więc trochę się uspokoiłam. Jak nasze transfery wyglądały w rzeczywistości? A już spieszę z odpowiedzią!

Tym smokiem doleciałyśmy do Hawany.

Linie lotnicze Aeroflot to najlepsze linie, jakimi do tej pory leciałam. Na całej trasie (tam i z powrotem) żadnych opóźnień – wręcz przeciwnie. Lądowałyśmy szybciej niż było to zaplanowane. Na każdym etapie podróży dostawałyśmy w samolocie coś do jedzenia i picia (co może być dość istotne, biorąc pod uwagę ceny na lotniskach). Podkreślam to również, dlatego że nasz lot z Pragi do Moskwy trwał 2,5 godziny, więc nie spodziewałam się, że rzeczywiście dostanie nam się jakiś smakowity kąsek (kiedy leciałam z Toronto do San Francisco z innymi liniami lotniczymi otrzymałam tylko napój, a lot trwał 5 godzin). Jakie więc było moje zdziwienie, gdy stewardessy rozpoczęły serwis, a następnie wręczyły nam kanapeczki z łososiem, czekoladkę i jabłko na wspomnianej, krótszej, trasie.

Pierwsza przesiadka, w obrębie jednego terminalu (D), zajęła nam mniej niż godzinę. Lotnisko jest bardzo dobrze oznakowane, w dodatku w strefie transferów międzynarodowych znajdowała się obsługa Aeroflotu, więc – kiedy nie byłam pewna, którą kolejkę wybrać – po prostu zapytałam (trzy razy i trzech różnych osób, ale lubię mieć pewność). Szybko przeszłyśmy kontrolę osobistą i już można było zmierzać do bramki, a że na tablicach odlotów wyświetlają się informacje o tym ile czasu zajmuje dojście do gate’u, to naprawdę nie miałyśmy już nad czym się głowić.

Tutaj przedzieramy się przez rzeczkę kanionu Yumuri, aby dotrzeć na piękną, kamienistą plażę.

W drodze powrotnej musiałyśmy zmienić terminal, co – według wskazówek znalezionych w Internecie – miało nam zająć około pół godziny. Liczyłam! Przejście z terminalu D do E pochłonęło 17 szybkich minut, wliczając kontrolę bezpieczeństwa i małą dezorientację, spowodowaną jakimiś pracami na lotnisku. Nie wiem jednak czy zawsze proces ten przebiega tak sprawnie. My wracałyśmy do Polski 14 marca, a więc w przeddzień zamknięcia granic z powodu rozprzestrzeniania się koronawirusa. Obawiałyśmy się tego, co spotka nas na lotniskach, więc możecie sobie wyobrazić jakie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyłyśmy, że z Moskwy do Pragi leci tylko około 30 osób. Siedząc pod bramką zastanawiałam się, czy aby na pewno jesteśmy w dobrym miejscu. Choć miałam przed sobą tablicę odlotów, to podeszłam do gate’u kilka razy, żeby sprawdzić czy wszystko idzie zgodnie z planem. Szło. Samolot przyleciał do czeskiej stolicy na czas, prawie pusty. Na lotnisku w Pradze miałyśmy już tylko przejść ostatnią kontrolę paszportową i odebrać bagaże. Celnik w maseczce na buzi pochwalił mój czeski, jednocześnie dziwiąc się, że Polacy uczą się ich języka (nigdy nie zrozumiem co w tym takiego dziwnego, zwłaszcza, że trochę mi to zajęło, a jeszcze pozostało dużo do przyswojenia). Plecaki  wyskoczyły na taśmę chwilę po tej krótkiej dyskusji i już można było myśleć o autobusie na dworzec główny, skąd miałyśmy przemieścić się pociągiem do Czeskiego Cieszyna. Z lotniska (letiště) na dworzec główny (hlavní nádraží) kursuje linia autobusowa AE – koszt biletu to 60 koron, przejazd zajmuje pół godziny (nie ma przystanków). Bilet należy kupić u kierowcy, nie w automatach! Przystanek na dworcu w Pradze znajduje się przy wejściu głównym do jego historycznej części, a na lotnisku autobus zatrzymuje się przy terminalach.

W drugim dniu naszej wyprawy mogłyśmy trochę odsapnąć na pięknej plaży Santa Maria del Mar.

W tym miejscu chciałabym jeszcze napisać o tym, jak miał wyglądać nasz powrót do Polski według relacji naszych znajomych: „nie wpuszczą Was do kraju”, „zamykają granice”, „pociągi nie będą kursować”, „przymusowa kwarantanna” itp. Od czytania tych wiadomości, jeszcze na Kubie, przewracało mi się w brzuchu, a ręce zaczynały drżeć. Największa panika rozpoczęła się na dwa dni przed planowanym odlotem. Docierały do nas informacje o tym, że w sklepach w Polsce półki świecą pustkami, brakuje mięsa i papieru toaletowego (dokładnie jak na Kubie, ale o tym w innym wpisie). Na lotniskach, a później przy przekroczeniu granicy, mieli nam rzekomo mierzyć temperaturę. Dochodziły do nas słuchy o wypełnianiu kart o naszym stanie zdrowia. Cóż… z uwagi na to, że wróciłyśmy 14 marca (przymusowa kwarantanna rozpoczynała się 15 marca), nas to WSZYSTKO ominęło. Kiedy już udało nam się dodzwonić do sanepidu, dowiedziałyśmy się, że izolacja jest w naszym przypadku ZALECANA, a nie obowiązkowa, że mamy bronić siebie i swoich bliskich przed koronawirusem dokładnie tak, jak reszta społeczeństwa. I choć dla nas wszystkich obecna epidemia jest czymś nowym, to pomyślałam sobie, że byłoby trochę łatwiej (rozsądniej?), gdybyśmy przed powieleniem pewnych komunikatów, dogłębniej sprawdzili ich wiarygodność.

Ale dosyć o rzeczach przykrych! Bo kiedy skończy się ten trudny czas, to znowu będziemy chcieli podróżować (a raczej będziemy mogli). Dlatego ostatnią kwestią, o której chcę napisać w tym poście, jest przejazd koleją z Czeskiego Cieszyna do Pragi. Zawsze, kiedy tylko mogę, zachwalam transport pociągami po Czechach. Głównymi przewoźnikami są České dráhy i RegioJet. Zalet jest wiele – bilety można nabyć oczywiście na dworcu lub, co polecam, przez Internet. Strony www obu firm są bardzo intuicyjne, proces sprzedaży przebiega szybko i sprawnie, bilet można zapisać na urządzeniu mobilnym, a – w przypadku pierwszego przewoźnika – można sobie jeszcze za darmo wybrać miejsce (mistenka). W pociągach funkcjonują mini bary (České dráhy) lub sprzedaż przez aplikację mobilną (RegioJet). My do Pragi i z Pragi zdecydowałyśmy się na podróż z Českými dráhami, głównie z uwagi na to, że bilety (jízdenky) były tańsze i bardziej pasowały nam godziny odjazdów. Pociągi jechały bez żadnych opóźnień (395 km w 4 h 19 min), a w czasie jazdy można było, jak zwykle, zakupić sobie przekąski i napoje (kawa instant kosztuje 10 koron, czyli mniej niż 2 zł za 200 ml, a piwo 28 koron, czyli ok. 5 zł za puszkę). W pociągu tym bez zarzutu działało wi-fi (co nie jest regułą u wszystkich połączeń tego przewoźnika). Koszt takiego biletu to 392 korony, czyli niecałe 70 zł/osoba. W drodze powrotnej (wracałyśmy w sobotę) udało nam się kupić bilet weekendowy, który kosztował nas 679 koron za 5 osób. My wracałyśmy we dwie, więc na głowę wyszło po 340 koron. Nie musiałyśmy martwić się gdzie zostawić samochód, nie trzeba było płacić za parking, ani kupować winiety. Loty z Pragi polecam przede wszystkim mieszkańcom powiatu cieszyńskiego, z uwagi na to, że do czeskiej stolicy mamy tylko trochę dalej niż do naszej.

Mój cały dobytek na 2 tygodnie to jakieś 10 kg bagażu (so proud of me).

Tak właśnie wyglądała nasza podróż na Kubę od strony technicznej! Wszystko poszło jak z płatka. Choć naszemu powrotowi towarzyszył ciągły niepokój i stres związany z tym, co czeka nas w Polsce, to nigdy nie powiedziałabym, że żałuję tego, że wybrałam się na Karaiby w takim, a nie innym czasie. „Życie co dzień wiersze pisze”* i nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co stanie się następnego dnia.  I, jeżeli kierować się cytatem z początku tego wpisu, podróż to nie poznanie nowych miejsc, lecz poznanie siebie, to kiedy mamy poznać siebie bardziej niż w zupełnie obcych nam warunkach?

*To tytuł utworu mojej ukochanej Budki Suflera. Tekst napisał Adam Sikorski, muzykę skomponował śp. Romuald Lipko. Ich piosenki będą przewijać się w większości moich wpisów, bo uwielbiam ten Zespół od 7 roku życia i, w pewnym sensie, myślę ich tekstami. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o mnie to zapraszam tutaj. A kolejne teksty o czasie spędzonym na Kubie… soon!

Kosteczka

About admin

8 thoughts on “Kuba

  1. Jestem zafascynowana! Opowiadasz takim fajnym językiem. Takim jak ja, geografia zero i „strach” prze lotniskami i lataniem, ale bardziej od tej strony, że się wsiade do złego samolotu, albo że nagle źle się poczuje na pokładzie i co wtedy?! Co do samej Kuby, chętnie poczytam jak tam jest. Jest to jedno z tych egzotycznych miejsc ktore chetnie bym zobaczyla. Szkoda, że nie mialyscie więcej czasu na zwiedzanie Moskwy! Byłam też w Pradze pociągiem – super sprawa, szybko, łatwo i przyjemnie 🙂 czekam na dalsza relacje

    1. Dziękuję za miłe słowa! Z geografią już na szczęście jestem na wyższym poziomie, ale rzeczywiście było kiepsko 😉 Zachęcam do zwiedzenia Kuby, to wspaniałe miejsce, pełne sprzeczności – to również urok tej wyspy. Na Moskwę jeszcze na pewno znajdzie się czas 🙂 w takim razie do przeczytania!

  2. Pięknie opowiadasz, myślę, że wiele osób pojechałby z Toba za ostatni grosz 😉 będąc w pełni przekonanym, że było warto. Ważne są dni , których jeszcze nie znamy
    Zainspirowałaś mnie do podróży ….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *