Hawana

po raz pierwszy o stolicy Kuby

oldtimer - kuba - havana - stare auta - havana vieja
Klasyk!

Lądujemy w Hawanie w samo południe. Lotnisko jest malutkie, hala przylotów trochę kojarzy mi się z egipskimi realiami. Jakby delikatnie obskurnie, ciasno i duszno. Zupełnie odmienne wrażenie robi hala odlotów, ale o tym  kiedy indziej. Teraz czas na kontrolę paszportową i zdjęcie, które zrobią nam w jej trakcie. Trzeba również pokazać wizę, która zostaje z nami aż do wylotu z wyspy, więc pilnujemy jej jak oka w głowie, żeby przypadkiem nie stała się ona częścią napiwku.

A tak wygląda wiza na Kubę. Zwykły kawałek papieru, ale bez niego ani rusz! Oddajemy ją dopiero przy wylocie z Kuby.

Wszystko poszło gładko, więc idziemy po nasze bagaże (przyleciały wraz z nami czy jeszcze lecą??). Po chwili muszę zdjąć kurtkę, bo robi mi się ciepło. Nie dlatego, że nie widzę swojego plecaczka  (wszystko, co najważniejsze mam ze sobą, a jedyna rzecz, na której najbardziej mi zależało, czyli repelent na komary, i tak został wyrzucony podczas kontroli w Pradze), ale dlatego, że JESTEM NA KUBIE, a tu w lutym termometr wskazuje kilka stopni więcej niż w Polsce!

Po chwili na taśmę lądują pierwsze walizki. Niebawem wyskakuje również plecak mojej towarzyszki podróży. A gdzie mój? Czekamy dalej, ale w pewnym momencie staje się jasne, że… więcej nie będzie! Kiedy zaczynam zastanawiać się nad tym, czy na pewno wystarczy mi tabletek na biegunkę, ból głowy, odwodnienie i cokolwiek innego, co pewnie mi się przydarzy, dochodzą do mnie hiszpańskie wrzaski i zauważam, że nie tylko ja nie przytuliłam jeszcze do siebie swoich rzeczy osobistych. Tłum przemieszcza się w kierunku innego miejsca, pytam więc obsługi lotniskowej czy dostanę tam swój luggage, okazuje się, że ano, więc pędzę jak strzała i rzeczywiście niebawem widzę mój plecaczek, przemieszczający się leniwie po taśmie. OK. Czas jednak nie zatrzymał się w miejscu. Kosteczki nie dopadnie grypa!

W oczekiwaniu do kontroli paszportowej na lotnisku. Zdjęcie zrobił Kamil Łukasik, który przyleciał wieczorem. My wylądowałyśmy w południe i nie było kolejek.

Szczęśliwe i zmęczone dochodzimy do wniosku, że zakończyłyśmy czwarty etap podróży na Kubę (z Ustronia do Czeskiego Cieszyna, z Czeskiego Cieszyna do Pragi, z Pragi do Moskwy, z Moskwy do Hawany). Ostatnim, czyli piątym, będzie dotarcie z lotniska do miejsca spoczynku. Reszta grupy wyląduje dopiero wieczorem lub w nocy, więc umówiłyśmy się z organizatorką wyprawy, że przyjedzie po nas jej znajomy. Przed podróżą uzgodniłyśmy, że ów znajomy będzie czekał na hali przylotów, trzymając w rękach kartkę z naszymi imionami. Wydaje mi się, że jest to jedna z sytuacji, które zdarzają się nie częściej niż raz lub dwa razy w życiu, więc nie mogłam doczekać się momentu spotkania. W dodatku kiedy ktoś odbiera Cię z lotniska, to tak jakbyś miał już tam swoich ziomków!

Alexander był chyba pierwszą osobą, którą zobaczyłam w grupce oczekujących ludzi. Niezbyt wysoki, opalony, uśmiechnięty od ucha do ucha około siedemdziesięcioletni pan. Na kartce napisane było „Agata Edita”. Za granicą zawsze będę Editą, co w ogóle mi nie przeszkadza, ponieważ swoje imię zawdzięczam ikonie francuskiej piosenki, Édith Piaf, której słuchała w młodości moja Mama.

stare samochody i palemki przy lotnisku, zdj. Kamil

Nasz taksówkarz i właściciel casy (mieszkania), w której miałyśmy spędzić pierwsze dwie noce, wycałował nas w każdy policzek przynajmniej po dwa razy, po czym zaprosił do swojego wozu. W planie była jeszcze wymiana pieniędzy na lotnisku, jednak kolejka do kantoru wydawała się nie mieć końca. Alexander zaproponował, że w tym celu może nas zawieźć do innego miejsca, bliżej centrum Hawany. Zgodziłyśmy się, choć nie bez wahania, ponieważ mój brak znajomości hiszpańskiego i jego podstawowy angielski sprawiły, że początkowo myślałam, że to on chce wymienić nam pieniądze w domu. Cóż… miałyśmy mu zapłacić za usługę, więc chyba po prostu uznałyśmy, że jakoś to załatwimy.

Jest i maluszek nazywany przez Kubańczyków ‚polaquito’ – słodziutko, co? zdj. Kamil

Jakie było nasze zdziwienie w momencie, gdy przyjechałyśmy pod coś w stylu hali targowej. Alexander powiedział, że mamy szukać napisu CADECA (Casa de Cambio – dom wymiany), ponieważ to nazwa kantoru. Pewnie nie zrozumiałabym o co chodzi, gdybym przed wyprawą nie znalazła w Internecie informacji na ten temat. Czytałam, że jest to bezpieczne miejsce wymiany walut i że podczas transakcji należy okazać paszport. O ten dokument mogą zapytać na Kubie również w momencie, gdy płacimy w sklepie nominałem o dużej wartości (50 CUC, czyli ok. 50€). Ale o kasie nieco później!

Wróćmy do naszej przejażdżki z lotniska do mieszkania. Palmy!!! To pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wyjściu z hali przylotów. Mnóstwo palm, starych samochodów i …chmury! Coo? Alexander wyjaśnia, że dzisiaj jest dość zimno (było powyżej dwudziestu stopni), że normalnie jest zdecydowanie cieplej i świeci słońce… Wsiadamy do naszej „taksówki”, a ja przypominam sobie czasy kiedy, wraz z wujkiem, jeździliśmy po Śląsku wartburgiem (miałam pewnie nie więcej niż 10 lat). Stopy niemal czują ciepło drogi pod sobą, w aucie wszystko trzeszczy, wiatraczek przymocowany do deski rozdzielczej daje trochę chłodu i TEN charakterystyczny zapach starego auta… jednak tym razem to rosyjska Łada. Mam wrażenie, że w samochodzie brakuje kilku części i zabezpieczeń, ale jakoś mi to nie przeszkadza. I w końcu nie muszę zapinać pasów, bo ich też tam nie ma! Ważne, że jest podobizna Che Guewary. On nas obroni!

Alexander jedzie powoli, a ja czuję się bezpiecznie. Mijamy Kubańczyków, spacerujących przy drodze nie wiadomo w jakim celu. Prawdopodobnie chcą złapać stopa, za którego i tak będą musieli zapłacić (gasolina, czyli benzyna, jest zbyt droga, żeby ot tak, jeździć sobie za darmo; my za naszą przejażdżkę zapłaciłyśmy 25 CUC – ok. 25€ – a więc tyle, ile to powinno kosztować za taką trasę). 

Ludzie przechodzą przez jezdnię w najbardziej nieodpowiednich miejscach, ale nikomu nie dzieje się krzywda. Ktoś komuś zajeżdża drogę, ktoś skręca bez kierunkowskazu (pewnie nawet go nie ma), a nasz kierowca zatrzymuje się przed przejazdem kolejowym, choć wydaje się, że ostatni pociąg przejeżdżał tutaj kilka dni wcześniej. Wśród smrodu spalin mijamy fabrykę tytoniu, stację kolejową, boisko z trybunami. Alexander opowiada, że jedni idą do pracy, drudzy czekają na pociąg (choć wydawało mi się, że przed chwilą rozmawialiśmy o tym, że pociągi na Kubie raczej nie kursują zbyt często ), a dzieciaki mają zajęcia sportowe. Alexander kilka razy powtarza, że Kuba jest piękna. Myślę sobie: chyba nie w tym miejscu. I choć przemysłowa część Hawany nieco gasi mój entuzjazm, to zaczynam czuć, że Kuba już rzuciła na mnie swój urok…

W końcu docieramy do naszej casa particular (dom prywatny). Kilkoma całusami wita nas właścicielka mieszkania. Szykuje dla nas sok ananasowy… O – MÓJ – BOŻE ! Jakie to dobre!!! Zastanawiam się czy jutro rano mnie przeczyści, ale wierzę, że nie ma tu żadnego sułtana czy faraona, który mógłby się na mnie zemścić za zakłócanie jego spokoju. Gdzieś w połowie wyjazdu okazuje się, że tutaj mści się Fidel, choć chyba tylko na wybranych, do których ewidentnie należę. Kiedy już dowiaduję się, że ananas może być taki… ananasowy, w głębi duszy wierzę, że będę mogła zaraz się położyć. Niestety! Nie tak szybko koleżanko! Jest ok. 15:00, wylądowałyśmy o 12:00, nasz lot trwał w sumie 16 godzin + 2 godziny na przesiadkę i różnica czasowa, czyli 6 godzin do tyłu. Oczy mi się zamykają, ale trzeba jeszcze załatwić formalności.

Taki piękny widok mieliśmy z balkoniku naszej casy. Zdj. Kamil

Właścicielka casy musi nas wpisać do książeczki zameldowań, ponieważ na Kubie nie można wynajmować „na czarno”. Grozi to utratą mieszkania, więc nikt raczej nie próbuje w ten sposób oszukiwać rządu. Po tym procesie okazuje się jeszcze, że nasz kochany Alexander chce nam wytłumaczyć różnicę pomiędzy ich walutami. Nie chce, abyśmy zostały ofiarami oszustów, których w tej materii na Kubie nie brakuje.

Teraz krótko o walutach, bo obiecałam na początku wpisu. Na Kubę najlepiej zabrać euro lub dolary. Dolar obciążony jest podatkiem w wysokości 10% dla każdej transakcji, więc chyba jednak lepiej euro. W obiegu są tam dwie waluty: CUC (peso convertible) i CUP (peso nacional). Pierwsza z nich to peso kubańskie wymienialne, druga to peso kubańskie (w domyśle: niewymienialne). Oznacza to mniej więcej tyle, że najpierw musimy nasze euro wymienić do CUC, a następnie do CUP. Warto mieć przy sobie obie waluty, ponieważ w niektórych miejscach można płacić tylko CUC, w innych tylko CUP. W niektórych można płacić obiema walutami – wówczas wybór należy do nas. Z reguły jest tak, że CUC płacimy za towary w większych sklepach i restauracjach, zaś walutą CUP płacimy za to, co wyprodukowane na wyspie, a więc za warzywa, owoce, pieczywo (nie w każdej piekarni kupimy pieczywo ot tak, sprzedaż odbywa się w takich miejscach ‘na kartki’, więc jeśli nie ma opcji sprzedaży dla turysty, to po prostu nie będziemy w stanie kupić chleba czy bułki, a raczej chleba wyglądającego jak bułka).

W kubańskiej piekarni… zdj. Kamil
Co do piekarni – kolejka od samego rana, a raczej nocy. Zdj. Kamil

Aby nieco przybliżyć wartość tych walut należy po prostu zapamiętać, że 1 CUC jest warty tyle, co dolar amerykański. Wbić do głowy musimy sobie również, że 1 CUC to 24 CUP, choć dla ułatwienia przyjmuje się przelicznik 1:25. Jeżeli więc toaleta publiczna kosztuje 1 CUP, to oznacza, że płacąc 1 CUC zapłacimy 25 razy więcej. Czyli, jeśli pomylimy waluty, to zamiast zapłacić za naprawdę niezbyt ekskluzywny kibelek niecałe 20 groszy, zapłacimy 4 zł, a więc więcej niż w Polsce za kibelek o wysokim standardzie (pamiętam, że najwyższa kwota, jaką dane było mi uiścić za skorzystanie z toalety ‘publicznej’ w naszym kraju to 3,50 zł – byłam oburzona).

wartościowe banknoty

Aby odróżnić obie waluty należy zapamiętać, że na CUC nadrukowane są pomniki, zaś na CUP mamy do czynienia z wizerunkami bohaterów narodowych. I naprawdę warto o tym nie zapominać, ponieważ Kubańczycy chętnie wykorzystują niewiedzę turysty i nie wyprowadzają go z błędu, w momencie gdy ten wyciąga 25 CUC za uliczną pizzę zamiast 25 CUP. Wówczas pizza kosztuje go 100 zł zamiast 4 zł. To oczywiście trochę wyolbrzymiony przykład, ale wybierając się na Kubę i czytając różne strony z tym związane, na pewno znajdziecie informację o tym, że ktoś został w ten sposób oszukany. Obie waluty najlepiej trzymać w dwóch różnych miejscach, aby nie użyć nieodpowiedniej, chociażby przez przypadek. I właśnie to tłumaczył nam Alexander w angielsko-hiszpańskim po naszej podróży do Hawany, która trwała łącznie około 30 godzin. Nie dowiedziałam się niczego więcej niż to, co już wiedziałam. Ale oczywiście miło z jego strony.

W końcu nasz cudowny kierowca zrozumiał, że jesteśmy zmęczone. Dostałyśmy klucze do pokoju. Do pokoju dwuosobowego z łazienką! Cóż to był za luksus! Można było zmyć z siebie trudy podróży i to ciepłą wodą! Po wyjściu spod prysznica zauważyłam, że kręci mi się w głowie. Hmm… ciekawe dlaczego? Mimo planu wyjścia ‘na miasto’ zdecydowałyśmy, że jednak lepiej będzie, jeśli się na chwilkę zdrzemniemy.

tutaj korytarzyk do naszego pokoju, troszkę klaustrofobicznie, ale przytulnie; zdj. Kamil

Wcześniej poznałyśmy Marzenę – jedną  z dziewczyn, biorących udział w wyprawie Tess – a więc naszą koleżankę z grupy. Umówiłyśmy się na wspólne wyjście po drzemce, jednak nikt nie spodziewał się, że będziemy drzemać 4 godziny. Marzenka postanowiła wyjść sama, a my wyruszyłyśmy w miasto nieco później. Okolica nie wydawała się zbyt ciekawa. Mimo wszystko nie czułyśmy żadnego zagrożenia. Było już ciemno, w pobliżu naszej casy znajdowało się kilka okienek z jedzeniem ulicznym, które nijak miało się do europejskiego fast-fooda. A głód doskwierał.

Przeszłyśmy kilka ciemnych uliczek, mając na uwadze tylko to, żeby nie zapomnieć drogi do mieszkania. Za międzynarodowy transfer zapłaciłybyśmy krocie, a bez kart zdrapek i punktu dostępowego wi-fi i tak nie mogłybyśmy skorzystać z Internetu tak po prostu na ulicy, żeby wyznaczyć sobie w Google Maps drogę powrotną (o internecie kiedy indziej). Szłyśmy w zasadzie za muzyką i tym sposobem znalazłyśmy… włoską restaurację.

Pizza Retro – to miejsce trzeba odwiedzić w Hawanie! zdj. Kamil
Szykujemy się do wyżerki…
Jest i ona! Tutaj akurat podczas ostatniej wizyty. W towarzystwie mohito…

Ceny w porządku, wystrój jak ta lala, na stołach winyle, kelnerzy i kelnerki we włoskich stylizacjach i nikt nas nie chciał oszukać gdy przyszło do płacenia. Ale co najważniejsze – zjadłam najsmaczniejszą pizzę w swoim życiu. Nigdy nie spodziewałabym się, że stanie się to akurat na Kubie, ale wróciłyśmy tam jeszcze dwa razy podczas naszego pobytu i odbiór zawsze był ten sam. Do pizzy, która kosztowała 5,5 CUC zamówiłyśmy sobie piwo 0,33 l za 2,5 CUC (z pragnieniem nie wygrasz…) i cóż… umarłyśmy z rozkoszy.

Jednak doświadczenie pokazuje, że człowiek nigdy nie jest dość nieżywy, żeby nie starczyło sił na jeszcze jednego drineczka! Wróciłyśmy do mieszkania po Marzenkę i wybrałyśmy się do pubu Jesus Maria 20 (przewrotna nazwa, co?). Można by powiedzieć, że siły wyższe, a nawet Najwyższe, sprzyjały nam, aby się upić, ale poprzestałyśmy na jednym i pierwszym w moim życiu Cuba Libre. Myślę, że ten drink już nigdy i nigdzie nie będzie smakował tak dobrze jak tam, w Starej Hawanie…

cdn.

Kosteczka

About admin

5 thoughts on “Hawana

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *