Alberobello

Włoska przygoda – część III

Widok na dzielnicę Rione dei Monti

Kolejnym punktem naszej wycieczki było Alberobello, słynące z zabudowań wyglądających tak, jakby projektowano je dla Muminków, smerfów lub czegoś o podobnym wzroście i gabarytach. To miasteczko zostawiłyśmy sobie celowo na trzeci dzień pobytu, z uwagi na to, że oddalone jest ono od centrum Bari o około 50 kilometrów, a dojazd tam okazał się trochę bardziej skomplikowany niż nam się początkowo wydawało.

Zwiedzanie – dzień 3

Przed wyjazdem dużo naczytałam się o tym, w jaki sposób trafić  do owego miejsca i trochę byłam zaskoczona brakiem bezpośredniego połączenia kolejowego. Z informacji znalezionych w Internecie wynikało, że startując z dworca Bari Feerovie Sud-Est (najbardziej wysunięty peron, zakładając, że wchodzi się na dworzec od Piazza Aldo Morro) dojedziemy do Alberobello bez żadnych przesiadek. Niestety, będąc we Włoszech okazało się, że dworzec w tejże miejscowości jest remontowany, zatem czekała nas zmiana środka transportu na inny, a mianowicie na autobus. Dodatkowo pociąg, którym wyruszyłyśmy w drogę, rozdzielał się w jakiejś miejscowości i jedna jego część miała pojechać w innym kierunku.  Na szczęście, po krótkiej konsultacji z konduktorem, wiedziałyśmy już do którego wagonu wsiąść, aby dojechać tam, gdzie zamierzałyśmy.

Jednak, jak to w przypadku przesiadek i komunikacji zastępczej bywa, człowiek najczęściej nic nie wie. Idzie za tłumem, pyta kogo się da i przeważnie znajdzie to, czego szukał. „Koniec języka za przewodnika” jakby powiedziała moja przyjaciółka i towarzyszka podróży zarazem. Na marginesie – odpowiednik wspomnianego przysłowia w języku czeskim to: liná huba, holé neštěstí. Dosłowne tłumaczenie to leniwa gęba, gołe – tutaj w znaczeniu ‘czyste/pewne’ – nieszczęście. Ja stosuję oba przysłowia zamiennie, bo jedno i drugie rzuciło na mnie swój językowy czar.

Wracając jednak do opowieści – przystanek autobusowy znajdował się dosłownie kilka kroków za dworcem w Putignano, na którym miałyśmy się przesiąść, a po krótkiej chwili pojawił się nawet interesujący nas środek transportu. Takim oto sposobem, po około dwóch godzinach, dotarłyśmy do włoskiej Doliny Muminków.

Stożkowe dachy trulli, w oddali – La Basilica di Santissimi Medici

Podążając trochę za turystami (byli nimi w większości Polacy, którzy przybyli do Włoch tym samym samolotem, co my), trochę za intuicją, a w końcu całkiem za informacjami turystycznymi, udało nam się dojść do centrum Alberolobello i, tym samym, odnaleźć największe skupisko domków trulli. Wchodząc do tej części miasteczka, człowiek jakby przenosi się w inną krainę. Może poczuć się krasnoludkiem z Królewny Śnieżki, osłem ze Shreka lub Ważniakiem ze Smerfów. Jak kto woli, według potrzeb i aspiracji.  

W rzeczywistości jednak, budynki te w dalszym ciągu spełniają swoje funkcje mieszkaniowe, a co za tym idzie, stacjonują tam Włosi, utrzymujący się, między innymi (jak mniemam), ze sprzedaży pamiątek. Jako że jestem mistrzynią w poszukiwaniach najtańszych magnesów (które uwielbiam przywozić z podróży), wraz z przyjaciółką wchodziłyśmy do co drugiego trullo, aby dorwać te najładniejsze i najbardziej korzystne cenowo. To, jakby nie było, cebulowe poszukiwanie doprowadziło nas do trullo, którego właścicielka pozwoliła nam wejść na swój taras widokowy, skąd roztaczała się cudowna panorama tego miejsca. Zaproszenie było jej własną inicjatywą i nic nas nie kosztowało. Na balkonie znajdował się tylko wazon, do którego można – ale nie trzeba było – wrzucić dowolną ilość pieniędzy. Chyba łatwo się domyślić, że oprócz zostawionej monety, zdecydowałyśmy się również na kupno magnesów. W kilku słowach – gościnność popłaca każdej ze stron!

Taki widok zafundowała nam właścicielka jednego z trulli

Nieco więcej o tej wyjątkowej formie budownictwa, jaką są domki typu trulli. Pod tą nazwą kryją się najczęściej jednopoziomowe budynki z kamienia wapiennego, mające dachy w kształcie stożka, zwieńczone krzyżem, bądź innym symbolem, którego znaczenie często pozostaje owiane  tajemnicą. Nie bez powodu trulli z Alberobello znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nie znajdziemy ich bowiem nigdzie indziej w Europie.

Ich pochodzenie i wiek nie są do końca jasne. Jedna z teorii zakłada, że mieszkańcy Apulii, budując tego typu domki, chcieli uniknąć płacenia podatków. Opłatę pobierano w przypadku solidnych domów, zaś trulli cechowało to, że posiadały dachy bez zaprawy, które łatwo  było rozebrać, a w razie potrzeby – ponownie złożyć. Teoretycznie były zatem niewykończone, co pozwalało na wymiganie się od płatności.

Praktycznie jednak ich konstrukcja, opierająca się na odpowiednim ułożeniu kamienia, w wielu przypadkach przetrwała już 200, a nawet 300 lat. Inna teoria mówi, że w XV wieku Ferynand I Aragoński zabronił apulijskim chłopom budowania stałych domostw, aby ci mogli bez problemu przenosić się tam, gdzie potrzebował ich król. Cóż… Nie od dziś wiadomo, że potrzeba jest matką wynalazków.

Choć największe wrażenie robi zdecydowanie widok skupiska ok. 1500 trulli, które można podziwiać z dwóch tarasów widokowych (Via Brigata Regina 28 lub Piazza Giangirolamo 5), to warto zwrócić szczególną uwagę na te, różniące się nieco od pozostałych. Należą do nich choćby trullo Siamese czy Casa D’Amore.

Z pierwszym z nich wiąże się ciekawa i – jak dla mnie – przerażająca legenda. Otóż wspomniane trullo mieli zamieszkiwać dwaj bracia, którzy zakochali się w jednej dziewczynie. Starszemu z nich obiecano małżeństwo z nią, jednak pech chciał, że zakochała się ona w tym młodszym i to właśnie z nim się związała. Początkowo wszyscy mieszkali pod jednym dachem, ale – o dziwo – nikomu to nie pasowało. Starszy brat, korzystając z prawa majoratu (dziedziczenie majątku przez najstarszego syna), postanowił wyrzucić kochanków ze swojego domu. Jakimś cudem młodszy z braci nie dał się wydziedziczyć i koniec końców pozostał w budynku, dzieląc go na pół. Tym samym rozbudował trullo, w wyniku czego powstało trullo syjamskie, z osobnym wejściem. Uff… Nie ma to jak prywatność. Starszy brat na pewno nie czuł dyskomfortu słysząc odgłosy pożycia małżeńskiego zza ściany. Sytuacja wydaje się idiotyczna nawet teraz. Ale, jak widać, bezsensowne rozwiązania zdarzają się nagminnie. Gdyby nie one Kate Winslet pewnie dostałaby Oscara, do którego została nominowana. To jasne, że nikt nie umie wybaczyć jej, że nie wpuściła Jack’a na te pieprzone drzwi! Ale ja przecież nie o Titanicu…

Trullo Siamese – idealny dom dla skłóconych braci

Jeżeli chodzi o drugie z wymienionych trulli – Casa D’Amore – to niestety również mamy do czynienia z jakimś żartem. Otóż! Po pierwsze… Budynek nie ma nic wspólnego z miłością (może to i dobrze, biorąc pod uwagę uprzednią historię?), nazwa podobno wywodzi się od nazwiska jego budowniczego – Francesca D’Amore. Domek powstał z użyciem zaprawy w 1797 roku jako pierwsze nowoczesne trullo i zarazem – jako jedyne z balkonem. Po drugie, a wynikające z wcześniejszego – wcale nie przypomina pozostałych trulli.  Obecnie mieści się tam Centrum Informacji Turystycznej i z zewnątrz wygląda jak zwykły budynek, dlatego można przejść obok niego obojętnie (co zresztą zrobiłyśmy).

Podczas zwiedzania nie można również pominąć kościółka św. Antoniego (La chiesa di sant’Antonio da Padova) zbudowanego w stylu trulli w XX wieku. Mieści się na końcu Rione dei Monti, zamykając tę malowniczą część Alberobello. Innym ciekawym miejscem wartym odwiedzenia jest na pewno trullo Sovrano, jedyny dwukondygnacyjny budynek tego typu. Zaś w momencie kiedy zgłodniejemy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zawitać do którejś z restauracji, nieodbiegającej architektonicznie od stylu obiektów sąsiadujących. Wszędzie doprowadzą nas tabliczki informacyjne.

kościół św. Antoniego w stylu trulli

Przechadzając się wąskimi uliczkami wśród białych ścian trulli, można załapać się na degustację likierów, sprzedawanych w niewielkich, wąskich buteleczkach . Alberobello słynie również z produkcji oliwek, dlatego też znajdziemy je na każdym kroku. Jedno i drugie mogłoby stanowić świetną pamiątkę z wyjazdu, niestety nasze bagaże podręczne były wypchane po ostatni szew i nic większego niż magnes nie wchodziło w rachubę.

dwukondygnacyjne trullo Sovrano, wstęp 1,5 euro

W tym bajkowym miasteczku spędziłyśmy tylko kilka godzin, ale to wystarczyło, aby poczuć się jak w innym świecie. Niestety powrót sprowadził nas na ziemię. Najpierw musiałyśmy znaleźć przystanek, z którego odjeżdżał autobus komunikacji zastępczej, następnie wsiąść podczas przesiadki w Putignano do odpowiedniego pociągu. Może byłoby trochę łatwiej, gdyby tamtejsi Włosi posługiwali się językiem angielskim, ale niestety to udogodnienie nie było wliczone w cenę samodzielnego wyjazdu. Włochom nie można jednak odmówić uprzejmości i chęci niesienia pomocy, przynajmniej w odwiedzanym przez nas regionie, więc – jak tylko mogli – starali się pomóc w swoim ojczystym języku. Do Bari wróciłyśmy po ok. 3 godzinach. Zmęczone, trochę poirytowane przesiadką i opóźnieniem pociągu. Wszystko to jednak nie równało się z pięknem, którego doświadczyłyśmy, fundując sobie tę wycieczkę.

magiczne symbole na dachach trulli i my – dwie czarownice 🙂

Z rzeczy praktycznych. Pociąg do Alberobello z Bari kosztował wówczas 5 euro. Normalnie dojeżdża do tej miejscowości bezpośrednio w półtorej godziny. Normalnie, czyli kiedy dworzec w miejscowości docelowej nie jest remontowany. Niezależnie od warunków, w jakich dane nam jest się tam dostać, warto wybrać się do miasteczka trulli. Warto po stokroć! Jest to miejsce wyjątkowe, magiczne, owiane tajemnicą. Miejsce, w którym człowiek chętnie dopisze swoją historię.

Kosteczka

About admin

4 thoughts on “Alberobello

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *